Właśnie
nalewałam piwo klientowi, kiedy usłyszałam w telefonie dźwięk nadchodzącej
wiadomości. W tym samym momencie Aleks stanął w progu między salą a zapleczem
ze swoim telefonem.
-
Dziewczynka - oznajmił z uśmiechem. - Zdrowa, wszystko jest dobrze.
Niemal
podskoczyłam z radości. Oto na świat przyszła córka Izy i Bartka. Byłam ciocią,
trochę taką przyszywaną, ale jednak.
Ostatnie
dwa miesiące Iza z Bartkiem, mimo udanej operacji maluszka, nadal żyli w lekkim
stresie, że dziecko urodzi się za wcześnie, że będą jakieś problemy, ale na
szczęście dziewczynka urodziła się prawie w terminie.
Pozostała
część pracowników zaczęła bić brawo. Podałam piwo klientowi i sięgnęłam po swój
telefon. Zobaczyłam zdjęcie małej istotki w czapeczce, zawiniętej w kocyk. Pod
spodem widniał podpis: Beata Maria Drwęcka - Twoja chrzestna córka, bo mam
nadzieję, że nie odmówisz ;). Roześmiałam się. No pewnie, że nie. To dla
mnie zaszczyt. Gratulacje!! Nie mogę się doczekać, kiedy Was zobaczę - odpisałam.
- Ma
na imię Beata i będę jej chrzestną matką - oświadczyłam z uśmiechem pozostałym.
Aleksander
roześmiał się.
- No
to się świetnie składa, mamusiu, bo ja będę chrzestnym ojcem - odrzekł.
Izę i
małą Beatkę odwiedziliśmy dopiero następnego dnia. Chcieliśmy dać wypocząć
mamie i dziecku po ciężkich przejściach i pozwolić im nacieszyć się sobą. Ja
przyniosłam małej śpioszki i kaftanik, a Aleks kupił misia. Teraz stał nad
łóżeczkiem i wpatrywał się w swoją bratanicę. Obie z Izą zerknęłyśmy na niego,
a przyjaciółka puściła mi oko.
-
Aleks, może najwyższa pora pokusić się o własne potomstwo - rzekła.
- Mam
nadzieję, że już całkiem niedługo się pokuszę - odparł nie spuszczając wzroku z
małej.
Tym
razem spojrzałyśmy po sobie z lekkim zaskoczeniem.
-
Masz jakąś kandydatkę na oku? - zapytała Izabela.
Teraz
popatrzył na bratową.
-
Obiecuję, że jak się wszystko poukłada, to pierwsza się o tym dowiesz - rzekł z
uśmiechem. - A póki co, porozpieszczam trochę moją chrzestną córkę - dodał znów
przenosząc wzrok na dziewczynkę.
Mała
właśnie otworzyła oczy i buzię, co oznaczało, że lada moment zacznie się
domagać jedzenia. I rzeczywiście rozległ się płacz. Iza zebrała się, żeby
wstać.
-
Podam ci ją - powiedział Aleks i całkiem wprawnie wziął dziecko na ręce i
przekazał je matce.
-
Gdzie ty się nauczyłeś tak zajmować noworodkami? - zapytałam ze zdumieniem. -
Na swoim bracie nie mogłeś ćwiczyć, bo raczej byś go nie uniósł będąc
dwulatkiem.
-
Zapomniałaś, że jestem ojcem chrzestnym - odparł mężczyzna z uśmiechem.
Do
sali wszedł Bartek. Rozanielonym wzrokiem patrzył jak Iza zaczyna karmić małą.
Usiadł przy nich i nie spuszczał z nich wzroku. Aleks ogarnął wzrokiem całą
rodzinę, uśmiechnął się i spojrzał na mnie po czym na drzwi. Zrozumiałam jego
sugestię, żeby zostawić nową rodzinę samą. Pożegnaliśmy się i mimo protestów
świeżo upieczonych rodziców, opuściliśmy szpital.
Ładna
pogoda zachęcała do spaceru. Najczęściej korzystaliśmy z tej formy
przemieszczania się albo z metro. Był do dyspozycji samochód Bartka, ale Aleks
jeszcze nie nabrał wprawy w poruszaniu się drugą stroną jezdni i w godzinach
wzmożonego ruchu nie lubił prowadzić. Ruszyliśmy wolnym krokiem w stronę domu.
- Mam
takie wrażenie, jakbym mieszkał tu już od dłuższego czasu - rzekł Aleks. - W
ogóle przez ostatnie parę miesięcy nie mieszkałem w swoim domu. Tak sobie
myślę, że chyba zostanę tutaj do końca wakacji i wracam do kraju. Dadzą sobie
radę bez nas? - zapytał.
-
Myślę, że tak - odparłam. - Beatka troszkę podrośnie, Bartek zajmie się pracą,
a Iza będzie jej doglądać w domu. Mają świetną ekipę, poukładają sobie to
wszystko. Ja też już tęsknię za domem i moją firmą. Chociaż wiem, że Maurycy i
Paulina świetnie sobie radzą.
- I
co? Zwolnisz ją, jak wrócisz?
-
Chciałabym ją zostawić. Muszę to przekalkulować i znaleźć najlepszą opcję. Będę
mieć więcej czasu dla siebie. Poza tym praca na nocnej zmianie i ciągłe
wdychanie dymu z papierosów też mi się dały we znaki.
-
Chodź, zabieram cię na kawę - rzekł Aleks obejmując mnie ramieniem. - Dobra
kawa sprawi, że wszystko ci przejdzie.
Roześmialiśmy
się oboje.
Kilka
dni później Iza z Bartkiem i małą Beatką wrócili do domu.
-
Postanowiliśmy, że chrzciny zorganizujemy w Polsce - rzekła Iza. - Musimy
polecieć do domu na parę dni, pokazać małą dziadkom. Trochę przerwy po tym
wszystkim dobrze nam zrobi.
- A
kto zostanie w barze? - spytałam.
-
Jasiek sobie poradzi. Ogarnie kuchnię, płatności. Zamówieniami zajmie się
Magda, jedna z kelnerek. Zresztą to tylko kilka dni - odparł Bartek.
-
Kiedy chcecie polecieć? - zapytał Aleks.
- Pod
koniec wakacji. Jak mała troszkę podrośnie.
- To
się nawet dobrze składa - stwierdził Aleksander, – bo my pod koniec wakacji
planujemy wrócić do Polski. Bardzo nam dobrze tutaj z wami, ale czas wrócić do
swoich zajęć.
- Pan
architekt zatęsknił za garniturem - zaśmiał się Bartek. - Rozumiem, dzięki za
pomoc i wsparcie - rzekł już poważnie.
-
Spokojnie, Bartek, jeszcze prawie dwie miesiące tu posiedzimy - roześmiałam
się.
- No
i bardzo dobrze - orzekła Iza, po czym wyszła do sypialni, bo właśnie rozległ
się płacz małej Beatki.
- Mam
propozycję - rzekł wieczorem Jasiek, kiedy mieliśmy chwilę spokoju.
-
Jaką? - zapytałam.
- W
sobotę odbędzie się u nas speed dating...
- No
tak, pamiętamy o tym. I co w związku z tym?
-
Może byśmy się zgłosili?
Aleksander
roześmiał się.
-
Nie, dzięki - rzekł. - Ja nie mam ochoty prezentować się kilkanaście razy przed
jakimiś dziewczynami, poza tym i tak wyjeżdżam stąd za jakiś czas więc po co
robić komuś złudne nadzieje.
- Ja
jestem w tej samej sytuacji - powiedziałam.
- Oj,
tam... Wiecie ile tu przychodzi Polaków? - zapytał Jasiek. - Poza tym niektórzy
chcą wrócić do kraju tylko nie mają po co. Mieliby motywację.
-
Jasiek, śmiało... - powiedział Aleks. - Ale ja się w to nie chcę bawić. Poza
tym nie zwiążę się z nikim stąd - dodał.
-
Czemu? - spytał Johnny.
- Bo
nie - odparł krótko Aleksander i wyszedł na salę.
Jasiek
spojrzał znacząco na mnie.
- Ja
w pewien sposób jestem zajęta - odrzekłam.
No,
bo w sumie w Polsce był Marcin. I nie wiadomo, co się mogło wydarzyć po moim
powrocie do kraju.
W
sobotni wieczór zaczęli schodzić się "randkowicze". Obserwowałam ich
z za baru. Skupiłam uwagę głównie na mężczyznach i niektórzy byli całkiem
interesujący. Organizatorzy sami przygotowali sobie wcześniej ustawienie
stolików w lokalu. My mieliśmy tylko zapewnić przekąski i napoje. Wydarzenie
miało rozpocząć się za mniej więcej kwadrans tymczasem niektórzy uczestnicy
podchodzili do baru, żeby już wcześniej zamówić sobie coś do picia. Widziałam,
że jedni byli dość zestresowani z kolei inni podchodzili do wszystkiego
zupełnie na luzie.
-
Hej, ślicznotko, a ty jesteś wolna? - zapytał jakiś mężczyzna, który właśnie
podszedł do baru. - Jakbyś się ze mną umówiła, to nie musiałbym już tam siadać
- wskazał stoliki za swoimi plecami.
Spojrzałam
na niego. Był całkiem przystojny. Ciemne włosy, niebieskie oczy, wysoki. Może w
innej sytuacji...
-
Niestety, ja jestem zajęta - odpowiedziałam. - Co podać?
-
Jakiegoś ożywczego drinka bez alkoholu. Zdaję się na ciebie - rzekł.
Przygotowałam
jakiś napój, który według mnie miał go orzeźwić i podałam. Próbował jeszcze
chwilę mnie bajerować ale w końcu zauważył, że nie trafił na podatny grunt i
poszedł. W kolejce za nim ustawił się następny uczestnik. Brytyjczyk z
charakterystycznym akcentem. Też zamówił coś do picia. Ze mną, na szczęście,
nie chciał się umawiać.
Nagle
stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Nawet nie wiem dokładnie,
jak do tego doszło. Podeszła do nas organizatorka całego wydarzenia i zaprosiła
do udziału. Co ciekawe, chociaż przedtem oboje z Aleksem zarzekaliśmy się, że
nie mamy zamiaru brać w tym udziału, nagle jakimś cudem oboje się zgodziliśmy.
Nie pomogły żadne tłumaczenia, że wyjeżdżamy, że nie chcemy się z nikim wiązać.
Po prostu jakimś cudem zaciągnięto nas do stolików.
Pierwszym
kandydatem, który zjawił się przy moim stoliku, był pan od drinka.
-
Cześć – rzekł zaskoczony. – Wydawało mi się, że jesteś zajęta – dodał z lekką
ironią.
- Hm,
no tak… - odparłam lekko zakłopotana. – Nie mogłam zacząć flirtować z tobą
zanim zaczęło się spotkanie – wyjaśniłam.
- No
tak…
Nie
wyglądał na przekonanego ale na szczęście nie ciągnął tematu.
-
Jestem Arthur, a ty? – zapytał.
-
Beata.
-
Pracujesz tutaj?
-
Pomagam właścicielce. Na co dzień mieszkam i pracuję w Polsce – odpowiedziałam.
- I
zamierzasz tam wrócić?
-
Tak.
-
Czyli w sumie nie zależy ci na tym, żeby kogoś tutaj poznać?
Uśmiechnęłam
się z zakłopotaniem. Już drugi raz.
- Nie
bardzo – przyznałam.
- To
co tutaj robisz? – zdziwił się Arthur.
-
Sama nie wiem. Ktoś mnie w to wciągnął – roześmiałam się.
-
Aha. No nic, zawsze możemy porozmawiać. Czym zajmujesz się w Polsce?
-
Pracuję w firmie organizującej wesela.
-
Pomagasz pannom na wydaniu uczynić ten szczególny dzień ich wymarzonym dniem?
- Coś
w tym rodzaju – odparłam. – A ty czym się zajmujesz? – zapytałam.
-
Wykładam filologię angielską na uniwersytecie – odrzekł mężczyzna.
-
Tutaj, w Londynie?
-
Tutaj też są niezłe uczelnie.
Roześmiał
się.
- Nie
wątpię – odparłam.
Rozległ
się dźwięk sygnalizujący koniec rozmowy i zmianę partnera.
-
Dziękuję za rozmowę, miło było poznać – rzekł Arthur wstając.
Ja
również podniosłam się i podałam mu dłoń.
-
Wzajemnie. Do widzenia – odparłam.
Mężczyzna
odszedł do następnego stolika a przy moim usiadł kolejny kandydat. Przywitał
się ze mną przez podanie dłoni po czym sięgnął do teczki, którą miał ze sobą i
wyjął z niej jakiś plik dokumentów i długopis. Patrzyłam na to z
zaciekawieniem. Położył wszystko na stoliku i spojrzał na mnie. Jakoś tak bez
wyrazu, bez uśmiechu… obojętnie.
-
Cześć, jestem Brian i chciałbym zadać ci kilka pytań – rzekł poważnym tonem.
Postanowiłam podjąć tę grę.
-
Beata. Słucham – odparłam zachowując powagę chociaż z pewnym trudem.
-
Jesteś panną, rozwódką, wdową? – zaczął Brian.
-
Panną – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Ile
masz lat?
- A
masz jakiś przedział wiekowy?
-
Nie, chcę konkretnej odpowiedzi.
-
Trzydzieści jeden – odrzekłam.
Brian
cały czas notował coś w swoich papierach.
-
Dzieci?
-
Chcę co najmniej pięcioro.
Usłyszałam
coś w rodzaju sapnięcia, ale jego twarz pozostała niewzruszona.
-
Czym się zajmujesz?
- Mam
wolny zawód, jednego miesiąca mam spory dochód, a innego muszę pożyczać na
chleb.
Trochę
zmyśliłam. Tak źle, na szczęście, nie było.
-
Umiesz gotować?
-
Tylko wykwintne potrawy.
Spojrzał
na mnie podejrzliwie. Wreszcie jakiś wyraz twarzy.
- To
znaczy? – spytał.
-
Mogę przyrządzić coq au vin, ale nie umiem zrobić naleśników.
-
Pranie, prasowanie?
- Jak
widzisz, nie mam na sobie nic brudnego ani wymiętego.
Przejechał
po mnie wzrokiem. Nawet się schylił, żeby zobaczyć na buty. Prawie parsknęłam
śmiechem, ale kiedy się podniósł udało mi się zachować powagę.
- No
tak – przyznał. – No dobrze - odchrząknął i odłożył długopis, – szukam żony dla
siebie i matki dla moich dzieci. Dzieci wolałyby naleśniki od kurczaka, ale
ogólnie nie jest źle. Jeśli jesteś zainteresowana to zaznacz to w formularzu.
Znów
rozległ się sygnał końca. Brian wstał.
-
Cześć – powiedział i poszedł dalej.
Od
następnego potencjalnego kandydata dowiedziałam się, że uwielbia przyrodę i w
domu ma wielkie terraria, w których hoduje węże i pająki. Na szczęście nikt nie
kazał mi się z nim umawiać. Kolejny miał takiego zeza, że za każdym razem,
kiedy patrzył na mnie to nie w oczy, tylko gdzieś obok. Poza tym był nawet
całkiem miły. Tylko, że ja nie zamierzałam nikogo odhaczać w formularzu.
Przy
kolejnej zmianie na krzesło przy moim stoliku opadł Aleksander. Splótł ramiona,
założył nogę na nogę i przyjął pozę wyższości.
-
Cześć, jestem Aleksander, jestem architektem. Mam własną firmę i nieźle
zarabiam. Poza tym świetnie maluję, gram na różnych instrumentach, doskonale
tańczę. Szukam takiej partnerki, która bez problemu mi dorówna i spełni moje
wymagania – rzekł tonem dość aroganckim.
Parsknęłam
śmiechem.
- Ty
tak na serio? – zapytałam.
-
Muszę jakoś zniechęcić te wszystkie dziewczyny, żeby którejś nie przyszło do głowy
pisać do mnie i prosić mnie o spotkanie – odparł.
- O
ile któraś chciałaby – dodałam.
-
Gdybym podszedł do tego na poważnie…
- A
jakbyś podszedł? – zapytałam kokieteryjnie.
Aleks
spojrzał na mnie z błyskiem w oku. Zmienił pozycję i przysunął krzesło bliżej
stolika. Położył ręce na stole i splótł dłonie. Lekko pochylił się w moją
stronę.
-
Cześć, jestem Aleksander. A ty jak masz na imię? – spytał tym razem tonem
uprzejmym i wyrażającym zainteresowanie.
-
Beata.
-
Beata… Bardzo ładnie – stwierdził uśmiechając się czarująco. – Dobrze się tutaj
bawisz, Beato? – zapytał.
-
Właściwie tak sobie – odparłam. – Niewielu z tych kandydatów wpadło mi w oko.
A tobie jak idzie?
-
Może i nawet kilka by się znalazło, tylko widzisz, ja nie jestem
zainteresowany.
-
Tak? – udałam zdziwienie. – To co w takim razie tutaj robisz?
- Sam
nie wiem.
Aleks
roześmiał się, ale zaraz spoważniał.
-
Jakoś nie mogę dotrzeć do tej jednej, na której naprawdę mi zależy więc
stwierdziłem, że może spróbuję o niej zapomnieć – rzekł. – Ale nic z tego.
Każdą dziewczynę automatycznie porównuję do tamtej i jakoś blado wypadają w tym
porównaniu.
-
Dlaczego nie możesz dotrzeć do tamtej? – zapytałam zaintrygowana.
W tym
momencie nie wiedziałam, czy Aleks mówi całkiem poważnie czy tylko pozuje.
- Jej
się wydaje, że kocha innego – odpowiedział.
-
Wydaje się? – powtórzyłam. – Skąd wiesz, że nie kocha go naprawdę?
- Bo
nie zachowuje się jak zakochana kobieta.
- A
jak twoim zdaniem powinna zachowywać się zakochana kobieta?
Aleks
nachylił się jeszcze bardziej w moją stronę.
-
Powinna być lekko rozkojarzona i na wspomnienie ukochanego powinny błyszczeć
jej oczy, - zaczął patrząc mi prosto w moje - powinna chcieć spędzać z nim
jak najwięcej czasu, powinna być lekko tajemnicza i intrygująca, tak aby
mężczyzna przez cały czas chciał za nią podążać, powinna z nim flirtować,
uwodzić spojrzeniem.
Roześmiałam
się.
-
Aleks, niezły z ciebie romantyk – stwierdziłam. - I co? Ona się tak nie
zachowuje?
-
Między nimi wszystko jest takie… stonowane. W dodatku gość wodzi ją za nos i
ciągle zmienia zdanie – odparł Aleksander odchylając się do tyłu. Znów splótł
ramiona.
Jakaś
myśl przemknęła mi głowę. Spojrzałam na Aleksa uważnie, zwłaszcza w jego
oczy. Ale niewiele dało się z nich wyczytać. Sygnał zakończył nasze spotkanie.
Do końca wieczoru ta myśl nie dawała mi już spokoju. Nie potrafiłam skupić się
na kolejnych mężczyznach. W ogóle ku mojemu zdziwieniu przyłapałam się na tym,
że nagle porównuję ich wszystkich do… Aleksa. Że gdybym teraz miała
zaznaczyć jakiegoś mężczyznę w całym formularzu, z którym chciałabym się
umówić kolejny raz to byłby właśnie on.
Domyślałam
się, że kiedy mówił o tej dziewczynie, na której mu zależy, miał na myśli mnie.
Czy rzeczywiście między mną a Marcinem uczucie było stonowane? Było kilka
bardzo romantycznych momentów, ale Aleks nie mógł o nich wiedzieć. W końcu nie
było go z nami w tych chwilach. Mimo to miał rację, że Marcin co chwilę
zmieniał zdanie. Najpierw długo bał się mi zaufać, potem stwierdził, że jednak
jest we mnie zakochany, aby za kilka tygodni oznajmić, że jednak chce tylko
przyjaźni, bo nie może zaczekać. Bo nie wierzy, że go kocham. Wychodzi na to,
że wszyscy znają mnie lepiej ode mnie samej.
Musiałam
jednak przyznać, że czas spędzony tutaj pokazał mi Aleksa od nieco innej strony
niż ta, którą kojarzyłam dotychczas. Do czasu, kiedy przyjechaliśmy do Anglii
wydawał się nieco zadufany w sobie chociaż sympatyczny, pewny siebie ale
jednocześnie taki, który sam nie wie, czego chce. Owszem, imponował mi swoimi
talentami, swoim zaangażowaniem w duszpasterstwo, ale gdzieś w tym
wszystkim był takim dużym chłopcem. Może trochę inaczej zaczął się zachowywać
przed wyjazdem do Austrii, kiedy nagle zrobił się bardziej tajemniczy.
W
Londynie, w momencie, kiedy zaczął zajmować się pubem brata i w ogóle stał się
na ten czas ostoją rodziny, zaimponował mi totalnie. Okazało się, że ten
chłopiec jest jednak prawdziwym mężczyzną, który potrafi odrzucić wszystkie
nieistotne kwestie i skupić się na tym, co naprawdę ważne. Potrafi zakasać
rękawy i wziąć się do roboty: wyłożyć towar, posprzątać każde miejsce czy
spokojnie wyprosić awanturującego się klienta. Nie przeszkadzało mu to, że jego
ubranie wiecznie przesiąknięte jest dymem papierosowym i kuchennym olejem. Że
nie nosi markowych ciuchów, garniturów, idealnie wyprasowanych koszul i nie
pachnie wysokiej jakości wodą kolońską. Wiedziałam, że tęsknił za swoją pracą,
za rysowaniem, projektowaniem różnych budynków, konstrukcji ale nie wspomniał
ani słowem o tym, że przeszkadza mu praca po nocach w pubie. Pierwszy raz oboje
poruszyliśmy tę kwestię przy okazji spaceru w drodze ze szpitala.
Dzisiejsza rozmowa z Aleksem dała mi sporo do myślenia, ale póki co musiałam
się upewnić, czy pan Drwęcki rzeczywiście mówił o mnie a potem… Uśmiechnęłam
się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz