Wysłano: 8 stycznia, godz. 20:27
Temat: Sylwestrowe wspomnienia
Witaj,
znów minęło kilka dni od mojego
ostatniego e-maila. No, ale nie jest tak źle. Od poniedziałku do piątku
jestem zapracowana. Coraz więcej klientów zaczyna się do nas odzywać. Niedługo
przestaniemy sobie radzić sami z Maurycym. Musimy zatrudnić profesjonalnych
animatorów zabawy i wodzirejów. Szczególnie do dzieci. Do tego jeszcze
cały czas pracujemy nad dwoma weselami, o których pisałam Ci w poprzednich
mailach. Na szczęście siostra Marcina na razie zaprzestała cudowania i nie
wymyśla niczego dziwnego. Mimo to Maurycy siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu
na nowe pomysły :D.
Przedwczoraj w Duszpasterstwie
przeżywaliśmy chrzciny Kubusia. Mały jest cudowny. Żona Sylwka, Lidka,
wyglądała na zadowoloną z faktu, że jej rodzina związana została z naszym
kościółkiem. Nie było wielu gości. Rodzice, dziadkowie, rodzeństwo mamy i taty
oraz chrzestni. Przyjęcie odbyło się w sali Duszpasterstwa. Posiłkiem zajęła
się firma cateringowa, którą zamówił ks. Arek. Taki rodzaj podziękowania za
wkład Sylwka w pracę z dziećmi. Mam pewne przypuszczenia, że do budżetu dołożył
się Aleksander. Jego, oczywiście, nie mogło zabraknąć, pełniącego dumnie rolę
ojca chrzestnego. Pierwszy raz go widziałam z dzieckiem na rękach i powiem Ci,
że trochę mnie coś ścisnęło gdzieś w środku… Pasuje mu taki maluch. Nawet zaczęłam
się zastanawiać, czy tam, w Niemczech, z tą dziewczyną z pracy kroi się
coś poważniejszego… No cóż, jak usłyszymy w kwietniu, że Aleks przedłuża pobyt,
to chyba będziemy mieć jasność. Chociaż chyba nie zostawi Sylwka samego z
firmą. Zobaczymy…
Mnie towarzystwa dotrzymywał Marcin. Jak
Ci wspomniałam w poprzednim mailu coś drgnęło podczas zabawy sylwestrowej. Sama
impreza była świetna. Do godziny dwudziestej drugiej bawiły się dzieciaki,
potem odebrali je rodzice. Trochę dłużej, bo do północy została młodzież. Oni
wrócili do domu po wspólnym toaście i składaniu życzeń noworocznych. Reszta
bawiła się prawie do rana. Na wielkie sprzątanie umówiliśmy się na następny
dzień.
Znany już nam wodzirej zrobił taką
zabawę, że jak wróciłam do domu to cały dzień leżałam z nogami opartymi na
poduszkach. Nie wszystkie kawałki tańczyłam z Marcinem, ale większość. Gdzieś
około dwudziestej trzeciej wybraliśmy się na spacer, żeby trochę ochłonąć i
przewietrzyć się. Niezbyt długi, bo nie było zbyt ciepło, ale jakieś trzydzieści
minut nam zeszło.
Chociaż do północy było jeszcze sporo
czasu, pierwsze sztuczne ognie zaczęły już się pojawiać na niebie. Szliśmy
sobie wolnym tempem. Marcin wsunął dłonie do kieszeni płaszcza.
- Pamiętam, jak kilka lat temu
pojechaliśmy z rodzicami na sylwestra do Wiednia. Chcieliśmy zobaczyć na żywo
koncert noworoczny w filharmonii – odezwał się. – W nocy było pięknie.
Wspaniałe sztuczne ognie rozświetlały niebo. A koncert… nigdy nie przepadałem
za muzyką klasyczną ale słuchając jej na żywo… zupełnie coś innego. Byłaś
kiedyś w filharmonii? – zapytał.
- Raz, w Krakowie – odpowiedziałam. – Też
mi się podobało. Rzeczywiście, na żywo jest zupełnie inny odbiór. Jednak
na co dzień wolę muzykę klasyczną w nieco lżejszym wydaniu.
- To znaczy? – spytał zerkając na mnie z
zaciekawieniem w oczach.
- Lubię, kiedy jest połączona z muzyką
rozrywkową. Uwielbiam też słuchać rockowych kawałków w wersji symfonicznej.
Obojętnie, czy z wokalem czy tylko instrumentalnych – wyjaśniłam.
- Coś kojarzę – odparł Marcin.
Przez chwilę szliśmy dalej w milczeniu.
- Spędzałeś jeszcze sylwestra za granicą
oprócz Wiednia? – spytałam.
- Nie. Zwykle wyjeżdżaliśmy w porze
letniej, kiedy był czas urlopu.
- Fajnie, pozazdrościć…
- Wszystko przed tobą. Jest tyle
możliwości wyjazdów w całkiem dobrych cenach. Z biurami podróży, ze znajomymi.
Kiedyś z mężem, rodziną…
- Chciałabym. Najbardziej do Włoch, do
Toskanii.
- Byłem, jest piękna. Masz dobry cel więc
rób wszystko, żeby móc go zrealizować – rzekł Marcin. - Właściwie sam chętnie
kiedyś pokazałbym Ci najpiękniejsze zakątki tego regionu – dodał nieśmiało.
Teraz to ja spojrzałam na niego z
zaskoczeniem. Odwzajemnił spojrzenie. W świetle latarni jego oczy
błyszczały jakoś tak bardziej… Patrzył na mnie inaczej niż zwykle. Z większym
zainteresowaniem i czymś jeszcze… czego nie chciałam nazywać. Wolałam, żeby sam
określił, co to jest. Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, który
wprawił mnie w zachwyt i sprawił, że moje serce szybciej zabiło.
- To mogłaby być interesująca wycieczka –
stwierdziłam.
- No to jesteśmy umówieni – odparł i
uśmiechnął się już w pełni.
W tym momencie na niebo rozbłysło kilka
sztucznych ogni. Odwróciłam się, żeby móc je podziwiać i poczułam, że Marcin
staje za mną i opiera swoją brodę na czubku mojej głowy. Pomimo zimna zrobiło
mi się ciepło i… przyjemnie. Trwało to raptem kilkadziesiąt sekund.
- Wracamy? – zapytał, kiedy po ostatnim
fajerwerku została na niebie tylko dymna smuga. – Robi się zimno.
- Tak.
Znów szliśmy obok siebie, ale jakby
bliżej. Marcin nie trzymał rąk w kieszeni i nasze dłonie co jakiś czas
obijały się o siebie, ale żadne z nas nie chciało albo nie miało odwagi, żeby
chwycić dłoń drugiego.
Napiszę Ci resztę innego wieczoru.
Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam Was
serdecznie.
Mam nadzieję, że będziemy mieć okazję
niebawem się zobaczyć. Tęsknię.
Beata
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz